Gold Coast

Gold Coast – raj na ziemi. Prawda czy fałsz?

O tym, że Gold Coast można porównać do raju słyszeliśmy jeszcze zanim przyjechaliśmy do Australii. Wpisaliśmy więc tę destynację na naszą Bucket List i po kilku miesiącach urzędowania w Krainie Oz postanowiliśmy przekonać się na własnej skórze czy tak właśnie jest naprawdę.

Porę roku na odwiedzenie tego miasta nie wybraliśmy najlepszą, ale też nie najgorszą. Sierpień, australijska zima, a tu niespodziewanie przyszło ocieplenie! Temperatura wahała się od 24 do 27 stopni Celsjusza. Pogoda wręcz idealna na zwiedzanie. Jedyny minus był taki, że słońce zachodziło dość wcześnie w tym okresie. Ale… za to wstawało też dość później, co zmotywowało nas do ruszenia naszych szanownych czterech liter o 6 nad ranem i obejrzenia pierwszego australijskiego wschodu słońca na plaży!

Gold Coast

Nasze mieszkanie znajdowało się kilka minut od morza, co stanowiło warunki dość perfekcyjne na upolowanie wschodu. Pokój jak zwykle wynajęliśmy na Airbnb u mega fajnej i wyluzowanej pary, z którą spędzaliśmy każdy wieczór. Mimo, że znaliśmy się zaledwie kilka dni, mieliśmy wrażenie, że tak naprawdę przyjaźnimy się długie lata. Za to właśnie uwielbiamy Airbnb, dzięki temu spotykamy wiele fantastycznych ludzi w odjazdowych miejscach.

Mały dystans do plaży i fajne towarzystwo nie było jedyną zaletą, z której się radowaliśmy. Niektóre bloki w Australii, szczególnie te przy plaży łatwo pomylić z kurortem turystycznym. Z zewnątrz przypominają hotel i czasem trudno aż uwierzyć, że tak naprawdę są to zwykłe mieszkania. Duży ogród przy budynku z basenem, leżakami, grillem i klimatyzowaną siłownią w środku. A gdy miejsca jest trochę mniej takowy basen i grill upychany jest na dachu. W takim właśnie miejscu dane nam było pomieszkać przez kilka dni. Widok z balkonu prezentował się tak:

Po Gold Coast poruszaliśmy się głównie rowerami. Co dla nas, miłośników rowerowych jeszcze bardziej skradło nasze serca! Ścieżek jest bardzo dużo i znajdują się one głównie wzdłuż bajkowych plaż. Ahhh! No tak! Zapomnieliśmy napisać najważniejszego! Gold Coast to miasto położone przy samych plażach rozciągających się na długość 70 km, po których można spacerować bez końca. To może w takim razie kilka słów o tym urokliwym miejscu? Gold Coast położone jest w południowo-wschodniej części stanu Queensland. Rzut beretem od Brisbane. Stanowi ono szóste co do wielkości miasto w Australii i jest jednym z przodujących wakacyjnych destynacji w Krainie Kangurów.

Gold Coast

No dobra ale co z tym rajem na ziemi? Z pewnością jest to raj dla surferów, o czym świadczy nazwa jednej z dzielnic położonej w samym centrum miasta. Mowa tu o Surfers Paradise. Za dnia idylla turystyczna, która po zmroku zamienia się w jedno z większych imprezowych miejsc jakie dotąd spotkaliśmy. Można tu wypić dobrą kawę w klimatycznych kawiarniach, zjeść pyszny obiad w restauracji, czy napić się zimnego piwa w barze bądź upolować cenną pamiątkę w jednym z pobliskich sklepów.

W centrum znajduje się także jeden z największych budynków mieszkalny na świecie Q1 (Queensland Number One) o wysokości 322,5 m. Na 77 piętrze mieści się SkyPoint, z którego można podziwiać panoramę miasta. Zwykle omijamy tego typu atrakcje, a krajobrazy z widokiem na miasto oglądamy z pobliskich gór bądź wyższych budynków, do których można wejść za darmo. Jednak Q1 kusiło nas od samego początku. Przyciągnęło naszą uwagę tak bardzo, że nie potrafiliśmy oprzeć się pokusie i postanowiliśmy wjechać jedną z najszybszych wind na 77 piętro w ciągu 42,7 sekund. Jak się później okazało była to jedna z lepszych decyzji jakie podjęliśmy podczas wyjazdu, bowiem widoki naprawdę zapierały dech w piersiach!

Dodatkową zachętą była fajna oferta na karnet z nielimitowaną liczbą wejść w ciągu 3 dni. Cena takiego karnetu wynosiła 29 dolarów, czyli jedynie 4 dolary drożej od zwykłego biletu z pojedynczym wejściem. Według nas to naprawdę super opcja, dzięki której panoramę można obejrzeć o każdej porze dnia. A jeśli pogoda nie dopisała, nic straconego, można zawsze wrócić na następny dzień. Polecamy przejrzeć także gazetki promocyjne na lotnisku. W jednej z nich znaleźliśmy kupon i za 3 dniowy karnet zapłaciliśmy jeszcze taniej. Tyle wygrać!

Co warto zrobić w Gold Coast gdy ma się do dyspozycji rower? Objechać całe miasto wzdłuż i wszerz! Nie żartujemy. Ale zapewniamy, że przystanków będzie cała masa bowiem wiele tutaj parków, punktów widokowych i stylowych wejść na plaże wartych każdego instagramowego zdjęcia.

Gold Coast

My postanowiliśmy pojechać także nieco dalej. W stronę północy dojechaliśmy do The Spit Gold Coast obejrzeć zachód słońca z widokiem na miasto i morze. Sceneria tak jak się spodziewaliśmy była fantastyczna. Dodatkowo stojąc na naturalnej piaszczystej granicy oddzielającej ujście Gold Coast Broadwater od otwartych wód Oceanu Spokojnego można poczuć naprawdę fajny i romantyczny klimat. Miejscówka zdecydowanie idealna na sesje.

Jeśli chodzi o południową część, poniosło nas aż do Palm Beach, która rozciąga się na długość 4 km od Currumbin Alley do Tallebudgera Creek. Miejsce to jest trzykrotnym zwycięzcą najczystszej plaży w całym stanie Queensland. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o Tallebudgera Creek Park na małą sesję zdjęciową.

Okay, a co można zrobić jeszcze w Gold Coast nie posiadając roweru? Wykąpać się na jednej z plaż! Miejsc do pływania jest multum, do wyboru do koloru. A skoki przez fale z widokiem na wieżowce wyłaniające się zza piasku są naprawdę dość nietypowe. Ponadto warto przespacerować się również po jednym ze szlaków, które miasto ma nam do zaoferowania. W końcu spacer to jeden z lepszych i darmowych treningów. My wybraliśmy Burleigh Headland National Park Walk (Rainforest circuit), który liczy 2,3 km. Wędrówka odbywa się po lesie deszczowym z przystankiem na Tumgun Lookout, z którego podobno zimą i wiosną można oglądać wieloryby. Nam niestety nie udało się dojrzeć żadnego. Jednak nic straconego, jeszcze wszystko przed nami.

Na sam koniec wyjazdu nasi cudowni gospodarze wraz ze swoimi znajomymi zabrali nas do pobliskiej kawiarni The Paddock Bakery na pożegnalne śniadanie. Miejsce samo w sobie było dość nietypowe, bowiem dom został przerobiony na hipsterską piekarnię serwującą śniadania i lunche. Przyznamy, że naprawdę łatwo tutaj o relaks zarówno przy stoliku w środku podziwiając piękne wnętrze budynku, jak i w ogrodzie pośród drzew i kwiatów. Klimat tego miejsca był naprawdę niesamowity. Do tego dania były serwowane w taki oto sposób:

Gold Coast Gold Coast

Gold Coast z pewnością nas urzekło i na długo zachowamy to miejsce w naszych wspomnieniach. Dla Marcina jest to nawet numer 1 jeśli chodzi o miasta w całej Australii. Dla mnie, póki co przoduje Sydney, ale Gold Coast zdecydowanie znajduje się zaraz za nim. Jedno jest pewne – na stówę wrócimy tu jeszcze! A kto wie, może i nawet na dłużej.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

*